Przejdź do treści strony

Crowdfunding szansą dla NGO

11.09.2012 r.

Crowdfunding na język polski najczęściej tłumaczony jest jako finansowanie społecznościowe. Ideą, która legła u podstaw tego zjawiska, było uwolnienie się od „dobrej woli” możnych tego świata, czyli najczęściej wielkich firm, korporacji, niekiedy instytucji państwowych. To właśnie od ich wsparcia finansowego uzależnione są losy rozmaitych projektów. A w zasadzie były uzależnione.

Crowdfunding szansą dla NGO

Coraz częstsze sukcesy kampanii crowdfundingowych udowadniają, że niekiedy łatwiej znaleźć liczne grono mniej zamożnych inwestorów, niż jednego gotowego wydać całą potrzebną sumę. I co istotne, coraz lepiej zdają się w finansowaniu społecznościowym odnajdywać także organizacje pozarządowe.

Zacznijmy jednak od małej powtórki z historii.

Dawno, dawno temu…

Przyjęło się twierdzić, że pierwszy przypadek crowdfundingu odnotowano w roku 1997 i był ściśle powiązany z przemysłem muzycznym. Wtedy to amerykańscy fani brytyjskiej grupy rockowej Marillion przeprowadzili kampanię internetową, w wyniku której udało im się uzbierać kwotę potrzebną na zorganizowanie trasy koncertowej ich pupili. Kapeli Marillion ta metoda finansowania przedsięwzięć tak przypadła do gustu, że w podobny sposób uzbierali środki na nagranie trzech płyt. Od tamtego czasu wielu muzyków poszło śladami Brytyjczyków. Amanda Palmer uzbierała tą metodą nawet milion dolarów na wydanie swojego albumu, co czyni ją rekordzistką w branży muzycznej. Pierwsza platforma umożliwiająca artystom zbieranie pieniędzy na swoje przedsięwzięcia powstała w 2000 roku w USA, był to ArtistShhare. W Europie trzeba było czekać na jej odpowiednik niemal dekadę.

Obecnie swoisty boom crowdfundingowy przeżywają projekty nakierunkowane na rozwój nowych technologii. Absolutnym rekordzistom jest Eric Migicovsky, wynalazca zegarka Pebble (m.in. umożliwia pisanie SMS-ów czy e-maili), któremu udało się zgromadzić ponad 10 milionów dolarów na wcielenie w życie swojego pomysłu. Historia Pebble jest o tyle zabawna i pouczająca, że Migicovsky wcześniej odwiedził niemal wszystkich potencjalnych inwestorów w Stanach, i wszyscy zgodnie odprawiali go z kwitkiem, nie widząc potencjału w jego projekcie. Potencjał dostrzegli jednak użytkownicy zegarka.

Ktoś zapyta czym różni się crowdfunding od zwykłej zbiórki publicznej? Przy tej drugiej metodzie wsparcia musimy zadowolić się satysfakcją z zostania darczyńcom, tymczasem finansowanie społecznościowe ma wiązać się z ustalonymi wcześniej profitami dla osoby gotowej wesprzeć konkretną inicjatywę. Taka nagroda ma jednak zazwyczaj charakter bardzo umowny. W przypadku inwestowania w powstanie albumu, gry czy zegarka, jest to możliwość otrzymania produktu, nim trafi on do powszechnej sprzedaży. Zdarzają się jednak przypadki, gdy w zamian za wsparcie pomysłodawca oferuje udziały, prawa do zysków lub inną formę materialnego świadczenia. Wszystko zależy od wcześniejszych ustaleń. Znane są tak oryginalne przypadki wynagrodzenia darczyńców, jak stworzenie w nowopowstałej grze video bohatera, który nosi imię i nazwisko hojnego darczyńcy.

Jak to się robi w Polsce?

Ponad miesiąc temu opublikowaliśmy na łamach naszego portalu wywiad z Maciejem Bujko, prezesem Fundacji BLIK, która jako jedna z pierwszych organizacji pozarządowych w naszym kraju zdecydowała się poprowadzić w Internecie kampanię crowdfundingową. Jej celem było uzbieranie środków na Trochę Inny Festiwal Fotografii. Choć kampania dopiero się rozkręcała, już wtedy jej organizatorzy wypowiadali się o takiej metodzie pozyskiwania funduszy w samych superlatywach:

- Crowdfunding jest fajny pod tym względem, że efekt końcowy, czyli to, czy środki otrzymamy, zależy tylko i wyłącznie od nas, naszych starań. Nie jesteśmy uzależnieni od decyzji komisji konkursowej zbierającej się w Urzędzie Marszałkowskim czy Urzędzie Miejskim – tłumaczył Maciej Bujko.

Fundacja BLIK swoją kampanię prowadziła na jednym z najpopularniejszych serwisów crowdfundingowych – amerykańskim Indiegogo. Jednak możliwe jest też prowadzenie tego typu akcji na stronach rodzimych.

Działające w Polsce portale o tematyce finansowania społecznościowego, gdzie jednocześnie można prowadzić kampanię, to m.in.: polakpotrafi.pl, megatotal.pl, beesfund.com czy Siepomaga.pl. Ten ostatni adresowany jest w dużej mierze do sektora pozarządowego, a z danych udostępnionych na stronie możemy się dowiedzieć, że udało się tam zebrać już ponad 1,5 miliona złotych. Z tej metody wsparcia korzysta kilkaset polskich organizacji pozarządowych, w tym kilkadziesiąt z Dolnego Śląska, jak chociażby: Milickie Stowarzyszenie Przyjaciół dzieci i Osób Niepełnosprawnych, Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego, Fundacja Rosa, Stowarzyszenie Transformator Kultury, Fundacja Autika, Fundacja Happy Animals czy Fundacja „Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci”. Poza wsparciem finansowym, serwis umożliwia też przekazanie starych telefonów czy organizowanie własnych zbiórek (chociażby z okazji uroczystości rodzinnych, jak ślub czy urodziny).

Serwis Siepomaga.pl udostępnia w Internecie przestrzeń organizacjom, które ją wykorzystują do prowadzenia kampanii. Niestety, jak na razie mało która decyduje się na coś oryginalnego, w większości ograniczają się do umieszczenia na serwisie informacji o swojej działalności. A to ewidentny błąd. Po sumach wsparć dla poszczególnych NGOsów można łatwo stwierdzić, że najczęściej dotowane są te, które reklamują na portalu konkretne projekty, nie same siebie.

Crowdfunding niebezpieczny? Nie dla NGO

W niedawno publikowanym w „Dużym Formacie” felietonie, Wojciech Orliński przestrzegał przed możliwymi zagrożeniami, jakie niesie ze sobą idea finansowania społecznościowego. Niestety, ale miał rację. Crowdfunding opiera się przede wszystkim na zaufaniu, a jak wiadomo, zawsze nie zabraknie osób chcących to wykorzystać. W USA odnotowano już przypadki, kiedy osoby zbierające pieniądze nawet nie nosiły się z zamiarem ich zainwestowania w promowany pomysł (rekord takiej fałszywej kampanii to 150 tys. dolarów), bądź też wprowadzony na rynek przedmiot znacząco odbiegał od tego, czym w pierwotnym założeniu miał być (przypadek spółki Fusion Garage i ich tabletu).

Te zagrożenia tyczą się jednak głównie biznesu, w mniejszym stopniu branży kulturalnej. Z kolei organizacje pozarządowe zdają się być tutaj najmniej narażone na podejrzenie o oszustwo. Dlaczego? W odróżnieniu od osób fizycznych czy też nowopowstałych spółek, w ogromnej większości są to podmioty prowadzące bardzo przejrzystą działalność. Nie cechuje ich też anonimowość. Większość fundacji czy stowarzyszeń istnieje po kilka lat lub więcej, a ich działalność jest łatwa do sprawdzenia.

Ale by nie było zbyt pięknie

To co w tej chwili zdaje się być największą przeszkodą dla dynamiczniejszego rozwoju crowdfundingu w Polsce, to brak jasnych uregulowań prawnych. Co prawda Arkadiusz Regiec, założyciel Beesfund.com na łamach „Polityki” zapewnia:

- Regulacje prawne w Polsce na taką działalność pozwalają, choć spodziewamy się na początku pytań i wątpliwości ze strony Komisji Nadzoru Finansowego,

To jednak przypadek ubiegłoroczny, gdy złożono donos na twórców Histmag.org za zorganizowanie zbiórki publicznej bez zezwolenia (choć zbiórką owo przedsięwzięcie nie było) i posłużono się ustawą z lat 30. minionego stulecia, ewidentnie dowodzi, że nie wszystko jest w tej materii jasne. Sprawę wyjaśnić starało się Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji pod dowództwem Ministra Boniego, które zaproponowało poprawkę do leciwej ustawy. Po jej publikacji zaprotestowało jednak Polskie Towarzystwo Crowdfundingu (PTC), wystosowując do Ministra Bonego apel, w którym tłumaczyli, że propozycja ministerialnej poprawki praktycznie uniemożliwia finansowanie społecznościowe nad Wisłą. Ministerstwo z niefortunnego pomysłu się wycofało, a obecnie prace nad projektem nowej ustawy dotyczącej crowdundingu prowadzi właśnie PTC

autor: Waldemar Mazur

« Powrót do listy