Przejdź do treści strony

I już nie piszą Cyganie, tylko Romowie...

30.07.2010 r.

„- Jesteście tu mniejszością narodową, nie macie żadnego statusu – tak mi powiedział jeden sędzia, którego zapytałem się, czy wolno mi ubliżać, bo jestem Romem”. Jedna z opowiedzianych historii czasów PRL. A o tym, jak jest teraz w nawiązaniu do historycznych wydarzeń oraz zbliżającej się 2 sierpnia rocznicy Dnia Pamięci o Zagładzie Romów rozmawiamy z Przewodniczącym Stowarzyszenia Romów we Wrocławiu „Romani Bacht” – Józefem Mastejem.

I już nie piszą Cyganie, tylko Romowie...

Czym się zajmujecie i od jak dawna?

Józef Mastej: – Zarejestrowane Stowarzyszenie mamy od kwietnia 2004 roku. Nasza działalność polega na wspieraniu i pomocy Romom we Wrocławiu i nie tylko. Współpracujemy z Romami na Dolnym Śląsku, współpracujemy też z Fundacją PROM, która jest dla nas partnerem numer jeden. Prowadzę sekcję sportową dla dzieci romskich i nieromskich w takiej dziwnej dyscyplinie jak hokej na trawie. Miałem grupę chłopców, teraz prowadzę grupę dziewcząt. Razem współpracujemy z Polonią Wrocław, i z panem Markiem Trościańczykiem.

A naszą drugą działalnością jest prowadzenie zespołu „Romani Bacht”. To zespół pieśni i tańca, przy nim stworzyliśmy jeszcze studio nagrań, na które dostaliśmy środki z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji. Został zakupiony sprzęt, mamy instrumenty i jesteśmy w trakcie robienia teledysku, zamierzamy też wydać płytę w sierpniu. Tę płytę ma w zasadzie wydać Gipsy King (sekcja jazzowa, w której grają Romowie ze Skandynawii, Francji, Romowie Sinci). Teraz, także od nas jest kilku uzdolnionych muzyków.

W Rynku, 22 sierpnia będzie 3. Festiwal Zespołów Romskich Pieśni i Tańca. Mamy 5 kapel zaproszonych z Polski. Po raz pierwszy wystąpi u nas Gipsy King. Przy okazji będą też dzieci ze szkół podstawowych z całego Wrocławia, które uczą się śpiewu i tańca – będą rodzynkiem Festiwalu.

Ilu jest Romów w samym Wrocławiu? Jak żyją?

– W samym Wrocławiu jest około 1300 Romów. Do szkoły chodzi jakieś 150 dzieci. Mamy też swoich studentów. Kończą albo już skończyli prawo, jeden skończył socjologię. Też ich wspomagamy. Ministerstwo przyznało im dotację. To mało, ale w porównaniu z czasem wcześniejszym to coś się dzieje. Poprawia się. Nasz status idzie w górę.

Jak powstało we Wrocławiu przedszkole dla romskich dzieci to przychodziły tam dzieci z całego miasta – z Brochowa, z Rynku. Tam były trzy pracownice, dodatkowo też dwie Romki, żeby móc się porozumieć, bo nie wszystkie dzieci mówiły po polsku. Niektórzy rodzice na początku przychodzili do przedszkola, bo się bali zostawić dzieci. No i przez przedszkole powstał zespół. Nasze dzieci naprawdę są uzdolnione. Okazuje się, że najlepiej jednoczyć dorosłych poprzez ich dzieci. To przedszkole zdało super egzamin.

Urząd miasta, urząd gminy, wydział edukacji dają środki, żeby stwarzać m.in. takie przedszkola. Jak zrobię drugą część ośrodka kultury, to planuję zrobić też świetlicę romską i takie przedszkole. Wtedy te dzieci będą miały zabezpieczone i popołudnia, i obiady.

Dyrektorka wydziału edukacji powiedziała nam, że pomoże w zorganizowaniu takiej świetlicy, materiałów i pracowników. A do współpracy będzie kilka Romek, przy okazji będą miały pracę. Ale to wszystko zależy od rodziców. Jeżeli rodzice wyrażą zgodę na to, by wysyłać tam swoje dzieci, to wystarczy je tylko zaprowadzić.

Jak Pan widzi przyszłość wrocławskich Romów?

– My jako Stowarzyszenie oraz Urząd Miasta stawiamy na edukację. Jesteśmy w kontakcie z rodzicami i ze szkołą, żeby pilnować, monitorować czy te dzieci chodzą do szkoły. Współpracujemy z Miejskim Ośrodkiem Pomocy Społecznej, żeby zapewnić dzieciom obiady. Ale Romów ciągną pieniądze. Bo słyszeli, że w Anglii lepiej jest, to jadą. A to nieprawda. Jadą, zadłużą się na wyjazd i wracają. I po takim czasie dziecko traci szkołę i wszystkie uprawnienia. Później trzeba pójść do szkoły, żeby ponownie dziecko zgłosić. Pomału wracają jednak, bo już mają tam dość, im tam manna z nieba też nie leci.

Mamy problem z pracą. Tradycja romska nie pozwala Romom wykonywać niektórych prac, na przykład Romki nie mogą sprzątać. To ja im mówię: Ludzie kochani, to jak wy nie macie wykształcenia, to co wy potraficie w życiu robić?

Teraz jest praca, ale pracodawcy poszukują kogoś takiego, kto ma trzecią grupę inwalidzką, bo firma nie musi płacić wtedy podatków. Decydują się  młode dziewczyny, które mają zrobione po siedem klas i dalej się nie uczyły, że będą sprzątać w biurach. Pracodawcy wymagają od nich takiego zaświadczenia. I jeszcze pytają: Pani jest pochodzenia romskiego? No i była praca, i już nie ma pracy.

Jednak Wrocław jest miastem przychylnym dla nas. Dowiedzieliśmy się, że na Słowacji jest teraz 300 tys. Romów. To jest masa ludzi. I oni mieszkają tam w skrajnym ubóstwie, w slumsach. U nas jest lepiej. Pomaga nam współpraca Stowarzyszenia z administracją, zarządami komunalnymi.

Jak Romowie odbierają działalność stowarzyszenia?

– Stowarzyszenie jest oparte na funduszach rządowych i każdy pieniądz jest wydatkowany według projektu. Jeżeli piszę, że mamy zakupić 10 kapeluszy, to my musimy kupić 10, nie 20 bo później mamy komplikacje, piszemy aneksy, wyjaśniamy dlaczego 20. Z tego względu, że przyszło dwadzieścioro dzieci, a nie 10. I tego Romowie nie rozumieją. Myślą, że my powinniśmy płacić tym dzieciom.

Robimy różne pikniki, wyjazdy integracyjne, razem z Fundacją PROM. Dzieci były w Zakopanem na wycieczce, we wrześniu jadą nad morze. Chcemy, żeby te dzieci w przyszłości coś w życiu miały. Przede wszystkim chcemy podtrzymać tradycję romską, żeby wiedziały, na czym ona polega. Bo one na razie tego nie wiedzą, uczą się wszystkiego. A pierwszym warunkiem jest to, że my jako Stowarzyszenie musimy dążyć do tego, razem z urzędnikami z Wrocławia, żeby dzieci chodziły do szkoły. Strasznie o to walczymy. Zachęcamy rodziców, robimy z nimi spotkania, żeby przekazywać im jakie to ważne. A matka dziecka mówi, że ona dyrektorem nie była i nie skończyła nawet III klasy i jej dziecko też nie musi mieć szkoły. A szkoła jest 50 metrów dalej i to dziecko powinno chodzić. Trzeba je zachęcić.

Ale rodzicom zależy na czym innym. Słyszą w telewizji, w radiu, że Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji daje 1 mln zł. Nie wiedzą, że to jest na cały Dolny Śląsk, gdzie jest jeszcze 15 takich Stowarzyszeń. Człowiek pisze 10 wniosków, 3 są rozpatrywane pozytywnie, a 7 trafia do kosza. Środki, jakie my otrzymujemy są skrupulatnie wydawane według naszego projektu. Romowie tego nie rozumieją. Były już kłótnie w zespole. Czworo dzieci odpadło, bo matka sobie zażyczyła, by płacić za próby i za występy. A takich środków my nie mamy. Jako zespół występujemy charytatywnie dla miasta Wrocławia, na różnych imprezach, które organizuje MSWiA. To jest współpraca.

Skąd takie niezrozumienie, być może nieufność?

– Romom się wydaje, że te pieniądze, które my dostajemy to bierzemy dla siebie. I mamy z tego wielkie korzyści. Nie mamy. Ja czasami dokładam.

Poza tym spróbować do czegoś przekonać Roma… Robimy teraz z Programu Warszawskiego badania lekarskie (Program na rzecz społeczności romskiej w Polsce / MSWiA - przyp. red). Romka mówi: Po co mi badania lekarskie? Ja jestem zdrowa. A jak czegoś potrzebuje, to przychodzi do Stowarzyszenia i mówi, że nie ma na leki. Ja nie mam takich środków, ale tłumaczę jej: Jakbyś poszła na te badania, lekarz by Ci przepisał leki. W programie mamy jakąś sumę na badania, lekarz może przepisać okulary, skierować do kardiologa, wysłać dzieci na leczenie zębów. Nie chcą korzystać z tego.

A Ministerstwo mówi: My musimy Was przebadać. Pan ich musi przekonać jako prezes, żeby oni brali w tym udział. Ale niektórzy Romowie mówią: owszem pójdę, ale musisz mi dać 50 zł, bo tak mi ciotka powiedziała. Ja im tłumaczę na każdym spotkaniu, że będzie takie a takie badanie, że oni muszą przyjść bo mogą dostać okulary, aparaty na cukrzycę, leki na nadciśnienie. Ale powtarzam też, że pieniędzy Stowarzyszenie nie może dać. To jest ta nieufność Romów do prezesów.

Pani Małgosia Różycka była w Urzędzie Wojewódzkim pełnomocnikiem ds. Romów. Ile ona się nasłuchała, że kradnie. Powiedziała mi, że jak założę stowarzyszenie to w ich oczach teraz  ja będę kradł. My już zostaniemy złodziejami, ale to co robimy, robimy dla nich. Oni tego nie doceniali, a panią Małgosię tak doceniono, że ona teraz jest w Warszawie jako pełnomocnik pana Bartoszewskiego (Małgorzata Różycka pracuje w Biurze Pełnomocnika Prezesa Rady Ministrów ds. Dialogu Międzynarodowego - przyp. red.). Ta kobieta po prostu oddała całe życie dla Romów. I w Polsce to wiedzą, i za granicą. Ale ona mówi, że wie kim ona jest dla Romów – złodziejką, tak samo jak wszyscy prezesi.

Skoro tak trudno przekonać Roma do siebie, do Stowarzyszenia, czy posyłania dzieci do szkoły, to w jaki sposób kultura, tradycja czy historia romska jest przekazywana następnemu pokoleniu?

– Cała kultura, tradycja są przekazywane z pokolenia na pokolenie przez rodziców, babcie. Dużo rzeczy, takich o których nie wiedziałem, opowiedziała mi babcia. O tym, że jeździli wozami, jak byli traktowani w czasie wojny. Mieszkali wtedy w Rzeszowie, pracowali u Niemców, dzieci urodzone podczas okupacji nie chodziły do szkoły. Oni prosili Boga, żeby tylko przeżyć.

Tradycja jest podtrzymywana przez starych Romów, ale oni wymierają. Nie ma też starszyzny, która by zarządziła, że np. twoja żona ma być Romką i nie ma dyskusji. Moja jedna córka wyszła za Niemca, druga za Polaka. Ale my się staramy o tę tradycję dbać. Tłumaczę to swoim wnuczkom. To też kwestia tego, co się w domu dzieje. Bo jeżeli rodzice chcą podtrzymać tradycję, to wtedy wszystko będzie po romsku. Ale w niektórych rodzinach nawet nie przyznają się do tego, że są Romami.

Jako Romowie nie możemy ujawniać wszystkiego, nie możemy mówić co nam wolno, a co nam nie wolno. Przykładem była pani Papusza (poetka romska, którą starszyzna oskarżyła o zdradę tajemnic ich narodu - przyp. red.). Została wyklęta ze społeczności Romów i nie miała już do nich dostępu. Żyła sama sobie. A ludzie chcą wiedzieć wszystko o nas. Jednak tradycja Ukraińców czy innych kultur też nie pozwala mówić o wszystkim. Tak samo jest w każdej rodzinie, również w polskiej.

Podczas wojny dotknęła was zagłada, później bardzo niekorzystna polityka PRL. Jak to wpłynęło na waszą obecną sytuację?

– Przede wszystkim polityka PRL. Rom się wtedy nie liczył. Każdy jeden z nas miał kartotekę. Nawet dziecko. O każdym Romie wiedzieli wszystko. Byliśmy źle traktowani. Jak mi to powiedział wtedy jeden sędzia, którego zapytałem się, czy wolno ubliżać mi, bo jestem Romem: - Jesteście tu mniejszością narodową, nie macie żadnego statusu. Teraz to się zmieniło. Dzięki m.in. pani Małgosi Różyckiej mamy wyciągnięte swoje kartoteki. Znamy uchwały, znamy swój status, wiemy, co możemy a czego nam nie wolno. Teraz jako stowarzyszenie już o tę wiedzę jesteśmy mądrzejsi. Już wiemy, gdzie się udać. Teraz jesteśmy traktowani na równi. I już nie piszą Cyganie, tylko Romowie.

Za komuny posyłano nasze dzieci do klas specjalnych. Teraz też chciano tak zrobić z naszymi dziećmi, wysłać je do szkoły przy ulicy Rosenbergów (obecna ul. Parkowa). Ale myśmy postawili weto. Nie zdaje też egzaminu indywidualne nauczanie naszych dzieci w domach. Pani przychodzi o 9.00 i chce dziecko uczyć. Dziecko wstaje o 9.00 zaspane i mówi, że się źle czuje. No to pani go nie uczy, pije herbatę z mamą, rozmawiają do 12.00 i idzie. Ma 50 złotych za godzinę. Już ministerstwo się za to wzięło, że szkoły wykorzystują pieniądze romskie na takie lekcje. Niektórzy dyrektorzy mówią, że to zdaje egzamin. Ja mówię: Proszę pana, przyprowadzę trzech uczniów, oni nie znają ani jednej litery.

Ja jako prezes romskiego stowarzyszenia, jestem przeciwny takim działaniom. Dziecko ma być w szkole, między uczniami. Czuć formę szkoły. Mama nie ma wykształcenia i nie pomoże dziecku, jak pójdzie nauczycielka. Niektórym dyrektorom to na rękę, że się pozbędą kilku Romów i nauczyciele zarobią po godzinach.

Zbliża się bardzo ważna rocznica – Dzień Pamięci o Zagładzie Romów. Oświęcimskie Stowarzyszenie Romów w Polsce organizuje obchody tego dnia. Coś się będzie działo we Wrocławiu?

– My wszyscy jedziemy do Oświęcimia. Pan Kwiatkowski (prezes oświęcimskiego stowarzyszenia) organizuje te spotkania i zaprasza wszystkie stowarzyszenia romskie, z całej Polski. Nie tylko z Polski, ale z całego świata przyjeżdżają Romowie na rocznicę, m.in. ze Stanów Zjednoczonych.

Jest tam duża uroczystość ku czci poległych Romów. Wcześniej oglądaliśmy obóz, byliśmy na jednym z bloków nr 20, gdzie remont robili Romowie z Niemiec. Tam został opisany każdy z nas. I to nas cechuje - jesteśmy braćmi, płynie w nas ta sama romska krew. Możemy być wrogami, ale nie daj Bóg coś się stanie, to o wszystkim się zapomina. Rom Roma powinien wspierać.

Podobnie bywa z Polakami. Stajemy się braćmi w chwili zagrożenia. Jak powinny wyglądać nasze relacje – Roma i Polaka?

– Wiem, co piszą u nas na bloku: Polska tylko dla Polaków. Ja tu mieszkam 60 lat. Jestem Polakiem. Czuję się Polakiem i Romem. Mam wspaniałych sąsiadów, Polaków. Teraz niedawno powiedział mi sąsiad, który już czwarty rok koło nas mieszka: "Proszę pana, ja bałem się wyjść z domu, z dzieckiem, auto zaparkować. Wie pan, rzeczywistość jest inna".

Jeżeli my się zamkniemy, będziemy źli na Polaków, na wszystkie nacje, które skrzywdziły Romów, nic nie zdobędziemy. Jeżeli ja się nie otworzę, nawet przy tej rozmowie z wami, albo w urzędzie to mi powiedzą: swoją politykę prowadź sam. Nie dostanę pieniędzy na działania. A tak współpracuję z jednym urzędem, z drugim. Widzą, że robię coś w ich kierunku.

Tłumaczę Romom: Musimy się otworzyć, rozmawiać. Nie bać się tego. Jak przyjdzie telewizja - powiedzieć, że nie chcieli nam pomóc. Jeżeli ty powiesz, to ktoś to usłyszy, musi usłyszeć. Były wcześniej trzy stowarzyszenia Romów we Wrocławiu. Jeden z prezesów powiedział mi: Ty wchodzisz gadziom, za przeproszeniem, w tyłek. Ja mu mówię: O czym ja mogę z tobą rozmawiać. Mogę z tobą usiąść po romsku, pół litra wypić. Ale jak pomóc stowarzyszeniom, by było lepiej? Ty mi pomożesz? Nie. Pomoże mi gadzio, to znaczy Polak z urzędu. Jeżeli ty tam nie pójdziesz i nie powiesz, czego potrzebujesz, to ja ci nie pomogę.Po roku czasu zostało tylko moje stowarzyszenie. Bez współpracy urzędu miasta to ja nie widzę tego. To jest podstawa działania każdego stowarzyszenia Romów.

Józef Mastej jest prezesem Stowarzyszenie Romów we Wrocławiu "Romani Bacht", które powstało we Wrocławiu w 2004 roku. Zajmują się wspieraniem Romów na terenie całeg Dolnego Śląska

autorki: Dominika Chylińska, Sandra Tomaszewska

« Powrót do listy