Przejdź do treści strony

Mam duszę społecznika

21.07.2010 r.

W jaki sposób kino może nauczyć nas patrzenia na świat? Czym dla Wrocławia jest festiwal Era Nowe Horyzonty? Czy po drodze jest polskim samorządom i kulturze? O trudnych i ciekawych spotkaniach idei z realiami rozmawiamy z Romanem Gutkiem, założycielem Stowarzyszenia Nowe Horyzonty i twórcą najważniejszego wrocławskiego festiwalu filmowego.

Mam duszę społecznika

Czy czuje się Pan NGO-sowcem?

Roman Gutek:  [śmiech] – Nigdy nikt mi nie zadawał takiego pytania, więc się nad tym nie zastanawiałem...

Może trochę tak. Wydaje mi się, że mam duszę społecznika. W szkole podstawowej i średniej byłem gospodarzem klasy, robiłem coś dla innych. Robiliśmy sami dla siebie boisko do piłki nożnej na zarośniętej łące. Nie czekaliśmy, aż ktoś nam to zrobi, tylko sami wyrywaliśmy chwasty i kosiliśmy trawę. Po prostu chcieliśmy grać w piłkę. A potem studia i zacząłem zajmować się kinem. Prowadziłem Dyskusyjny Klub Filmowy Ubab w żeńskim akademiku Uniwersytetu Warszawskiego. I to była praca społeczna. Nie dostawaliśmy za to żadnych pieniędzy. A obecnie to codziennie zamiatam przed biurem. Może to wynika z tego że jestem tutaj gospodarzem. Ale my nie jesteśmy chyba za bardzo społeczni. Mało ludzi się garnie do organizacji pozarządowych. Statystyki są bardzo smutne. Mało ludzi chce coś bezinteresownie robić dla innych.

Kiedyś było inaczej?

– Pamiętam naszą lubelską wieś z lat 60-tych, kiedy już świadomie patrzyłem na świat. Pamiętam, że jak były żniwa to jednego dnia się kosiło u jednego gospodarza, następnego dnia u innego. Ludzie gromadzili się, organizowali i wspierali się. Później pojawił się telewizor, ludzie się poodgradzali, chcieli mieć więcej. A ja mam w sobie chęć podzielenia się tym, co jest mi bliskie z innymi. Stąd powstała myśl – widziałem interesujący mnie film, to chcę pokazać go innym. Pogadać o nim, i zobaczyć co inni sądzą o tym filmie. Nawet ta dystrybucja robiona przez Gutek Film, który jest spółką z ograniczoną odpowiedzialnością, czyli z natury rzeczy nastawioną na zysk, ma znamiona działalności niekomercyjnej. Jak zarobimy pieniądze na nowym filmie Almodovara, który ogląda kilkaset tysięcy widzów, później przeznaczamy je na wprowadzenie filmów, które ogląda kilka tysięcy widzów, i do których trzeba coś tam dołożyć. Festiwal się urodził również przy Gutek Film, który zainwestował w niego kilka milionów złotych na początku.

Zatem, żeby uściślić. Formalnie jest Pan założycielem firmy Gutek Film i stowarzyszenia Nowe Horyzonty?

– Siedzę na kilku stołkach... [śmiech] Jestem jednym z założycieli i prezesem zarządu stowarzyszenia i współwłaścicielem Gutek Film i prezesem zarządu. Widzi zatem Pani, że jestem podwójnym prezesem. Trzeba do mnie mówić podwójny prezesie teraz [śmiech]...

Dość świadomie oddzieliliśmy od siebie te dwie rzeczy, m.in. po to by łatwiej pozyskiwać publiczne pieniądze na działania stowarzyszenia. Prowadząc spółkę jestem skazany na siebie. Oczywiście są teraz pieniądze publiczne, chociażby z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej czy Unii Europejskiej – nawet jak Polska nie była jeszcze członkiem UE, to sektor medialny był wspierany i można było pozyskać fundusze na kina czy dystrybucję. To troszkę zmniejsza nasze ryzyko.

Czy nigdy nie ciągnęło Pana do zajęcia się bardziej komercyjnymi tytułami? Miałby Pan mniej problemów.

– Nie przypuszczam. Świadomie 30 lat temu wybrałem miejsce w niszy i do tej pory w niej jestem. Jest mi z ty dobrze, to co robię, daje mi frajdę. Nigdy nie myślałem, aby coś zmieniać. Mam wrażenie, że jestem konsekwentny w promowaniu określonego repertuaru. Jesteśmy kojarzeni z określonym rodzajem kina, ludzie nam ufają, wiedzą czego po Muranowie można się spodziewać. Tworzymy mody na kino autorskie, promujemy w Polsce świetnych reżyserów, odkrywany zupełnie nieznanych twórców.

No właśnie, jest jeszcze kino Muranów w Warszawie.

– To powinno być kino finansowane przez miasto. Są także samorządowe instytucje kultury – na przykład Max Film w Warszawie - one powinny zajmować się kulturą filmową, ale nie zajmują się, gdyż politykom zupełnie obca jest kultura. Oni podejmują doraźne decyzje, które pozwalają im utrzymać lub zdobyć władzę. Marszałek mazowiecki Struzik i jego ludzie swoimi decyzjami doprowadzili instytucję Max Film na skraj bankructwa. Teraz mamy 50 000 dzieci objętych filmowym programem edukacyjnym. Oczywiście, obecnie robi to stowarzyszenie, ale to się urodziło i przez parę ładnych lat Gutek Film do tego dokładał pieniądze.

Stowarzyszenie przejęło też organizację festiwalu.

– Tak, bo było trudno pogodzić jedno i drugie, czyli tę działalność komercyjną, która nie jest komercyjna [śmiech], z działalnością zupełnie non profit. Na początku pracownicy Gutek Film pracowali dla festiwalu. Ale jak się zrobiło z tego duże zwierzę, to już było trudno.

Chyba ciężko byłoby robić taki festiwal bez wsparcia biznesu?

– Bez pieniędzy od Gutek Film ten festiwal by nie powstał. Z drugiej strony bez sponsora - Ery ten festiwal miałby inny kształt. To jest ważne, że nasze idee są wspierane zarówno z pieniędzy publicznych, ale też z prywatnych. Jak się wszystko podliczy to 30% stanowi wkład prywatny. Natomiast około 10% to wpływy, więc to też jest fajne, że mamy dużą widownię.

Festiwal w jednej trzeciej finansowany jest przez miasto Wrocław. Jakie to ma konsekwencje dla festiwalu?

– Dzięki tak znacznej pomocy miasta festiwal zyskał stabilizację. Mógł się rozwinąć. Jest bogatszy, bardziej różnorodny. Teraz możemy spokojnie pracować, ale też planować. Prowizorka męczy i te pierwsze edycje rzeczywiście nas wymęczyły mocno. Ja we wrześniu 2005 roku po 5 edycji w Cieszynie, byłem gotów zrezygnować z kontynuacji tego festiwalu. Dlatego Wrocław, ludzie od prezydenta Dutkiewicza się odezwali w najlepszym dla nich momencie. Zresztą Wrocław jest aktywny i my się w tę aktywność dobrze wpisaliśmy. Teraz rozmawiamy bardzo dużo, o tym jak festiwal ma się rozwijać i jak może się wpisać w starania Wrocławia o Europejską Stolicę Kultury w 2016 roku. Zauważam obecnie taką niezdrową megalomanię i wyścig miast, które chcą robić wielkie festiwale. Jest w tym dużo przypadkowości i improwizacji. A we Wrocławiu jednak myślano o tym wcześniej.

Co festiwal Nowe Horyzonty daje wrocławianom?

– Służy mieszkańcom w zaspakajaniu bardziej wyrafinowanych potrzeb. Jednak staramy się nie zamykać w salach kinowych, i nie tworzyć oferty tylko dla tych hardkorowców, co oglądają 5 filmów dziennie. Są pokazy na rynku, gdzie prezentujemy bardziej przystępny repertuar. Jest tam bezpłatny wstęp. To jest fantastyczne, kiedy wrocławianie mogą przechodzić – nawet przypadkiem i zostać na seansie. To powrót do pierwocin kina, bo przecież kino było na początku jarmarczną rozrywką. Również wypełnianie przestrzeni miejskiej różnymi instalacjami skierowane jest do mieszkańców. W tym roku będzie tego więcej na przykład Krzysztof Wodiczko i jego instalacja na Wzgórzu Partyzantów. Zresztą może niedługo będę bardziej osadzony we wrocławskiej rzeczywistości ze względu na kino Warszawa, które zostanie po przebudowie oddane do użytku w czerwcu przyszłego roku. Poza tym w październiku organizujemy we Wrocławiu kolejny festiwal filmowy - American Film Festival.

Z drugiej strony nie potrzebuję dużo w życiu, czuję się spełniony i czerpię dobrą energię z tego, że znowu kilkanaście tysięcy ludzi będzie oglądać we Wrocławiu trudne filmy. Może kino nie jest teraz najważniejsze, ale mam świadomość, że nasza praca ma wpływ na kształtowanie gustów wielu młodych ludzi. Oczywiście mam świadomość tego, że zajmuję miejsce gdzieś na marginesie tego wielkiego przemysłowego biznesu... z wyboru. Ale daje mi to dużą wolność i satysfakcję też. Mam radość z tego, że mogę pokazać 100 filmów Godarda, bo uważam go za najbardziej nowohoryzontowego twórcę na świecie. Kończy osiemdziesiątkę teraz więc taka dobra okazja, żeby go przypomnieć. I mam frajdę, z tego, że takiego bezkompromisowego faceta, trudnego pokazujemy ludziom i oni sobie go odkryją.

Jaka jest spójna myśl, która łączy wszystkie wasze działania?

– Chcemy uczyć ludzi patrzenia na świat poprzez kino. Kino może być dobrym „narzędziem”, do poznawania świata i do poszerzania horyzontów, nie tylko w sensie estetycznym, ale także w sensie geograficznym. Takim fajnym i wdzięcznym... Pracujemy też z nauczycielami, nie tylko z dzieciakami czy młodzieżą. Robimy dla nich warsztaty i pokazujemy jak używać kina, jak pokazywać kino, jak włączać film do lekcji na różne tematy. Mnie przyświecał bardzo podstawowy imperatyw, a mianowicie żeby dzieciaki i młodzież oglądali filmy w kinie. Dla mnie wspólnota oglądania jest ważna, przeżywanie emocji, żeby na chwilę odeszli od tych komputerów, internetu. Ja jestem teraz przerażony tym, że kino się tak technicyzuje, że do kina przyciągają już tylko fajerwerki techniczne. Dlatego potrzebny jest cały proces kształtowania gustów, poczucia estetyki. Myślę, że festiwal miał przez te 10 lat naprawdę duże znaczenie dla dwóch pokoleń widzów. Dwa pokolenia kinomaniaków zostały wychowane... Wiem, że to jest elitarna publiczność. To nie jest hiper masowe, nawet jak mówimy, że na ubiegłorocznej edycji we Wrocławiu było 122 tysiące widzów. Jednak myślę, że to jest fantastyczne, że stwarzamy ludziom taką propozycję. Poświęcają swoje wakacje, bo ma to dla nich ogromny sens. Często są to ludzie z małych miejscowości, oni cały rok oszczędzają, bo festiwal jest dla nich intelektualnie ważny. Nawet jeśli to jest snobistyczne, jadą na festiwal, bo inni ich znajomi jadą, to dobrze, mi to nie przeszkadza. Ja mam do tego takie podejście – edukacja, festiwal, kino i dystrybucja. Tak mi się to razem zamyka. 

Zdjęcie Romana Gutka pochodzi ze strony http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Roman_Gutek.jpg

Roman Gutek jest założycielem warszawskiego stowarzyszenia NOWE HORYZONTY i twórcą wrocławskiego festiwalu filmowego Era NOWE HORYZONTY, które w stolicy Dolnego Śląska gości od 2006 roku.

www: http://www.enh.pl/

autorka: Iwona Frydryszak

« Powrót do listy