Przejdź do treści strony

Społeczeństwo obywatelskie po białorusku

29.04.2010 r.

Połowa kwietnia 2010 roku to w Mińsku czas wyborów samorządowych i corocznego „Czarnobylskiego Marszu”. Ani jedno, ani drugie wydarzenie nie jest synonimem demokracji w tym państwie. „Czarnobylski Marsz" zorganizowano po raz dwudziesty trzeci i wzięło w nim udziału około dwóch tysięcy osób. Odbył się pod pełną kontrolą milicji i służb specjalnych. Towarzyszyły mu hasła antyrządowe.

Opozycja potępiła między innymi sposób przeprowadzenia niedzielnych wyborów do władz lokalnych twierdząc, że ich wyniki zostały sfałszowane. Według komisji wyborczej głosowało 79% obywateli Białorusi. Do władz samorządowych nie dostał się żaden opozycyjny kandydat (dopuszczono 390 opozycyjnych kandydatów). Na temat sytuacji na Białorusi wroclaw.ngo.pl rozmawia z dziennikarzem niezależnej gazety „Nasza Niwa” Alesiem Piletskim.

- Co daje Ci dyplom ukończenia warszawskich studiów magisterskich?

- Dyplom nie daje mi nic, dlatego, że władze Białorusi nie uznają dyplomów uzyskanych zagranicą. Jednak dużo daje mi wiedza, którą tam zdobyłem. Wcześniej ukończyłem historię w Grodnie, ale uważam, że mam tylko jedno wyższe wykształcenie, to warszawskie. Dzisiaj w swoim życiu korzystam prawie wyłącznie z tego czego się nauczyłem w Polsce. Są to języki obce, ludzie, z którymi studiowałem, dyskusje z nimi. Wspólnie tworzyliśmy coś w rodzaju klubów dyskusyjnych. To było bardzo cenne. Na Białorusi nie ma tradycji dyskutowania, rozwijania się poza szkołą. Uniwersytet na Białorusi przygotowuje studentów do konkretnego zawodu, np. nauczyciela. A ja wiem, że mogę robić wszystko, nie potrzebuję konkretnego zawodu. To dają studia humanistyczne. Białoruś potrzebuje ludzi z takim wykształceniem, bo ono pozwala stwarzać społeczeństwo obywatelskie. Potrzebni są tu ludzie, którzy mają świadomość, że mogą działać poza państwem, że mogą robić co chcą, a nie to co zezwoli państwo. Ale zacząłem tak myśleć, dopiero kiedy pomieszkałem w Polsce.

- Ty wróciłeś na Białoruś. A co inni?

- To jest pewien problem. Na studia do Warszawy wyjechało nas pięciu. Do Białorusi wróciłem tylko ja. Ludzie nie wracają, bo nie mogą się tutaj zrealizować. Dlatego uważam, że wlewanie pieniędzy tutaj się niestety nie opłaca. Jest dużo projektów młodzieżowych. Pewne organizacje gromadzą wkoło siebie ludzi, którzy później jeżdżą na różne seminaria i to staje się ich stylem życia. Przy okazji wydrukują na drukarce jakąś gazetkę, porozrzucają po skrzynkach pocztowych i koniec. Kiedy jednak się do nich zgłaszamy by przeprowadzili dla naszej redakcji szkolenie, z tego czego nauczyli się podczas tych wyjazdów, odmawiają lub chcą za to pieniądze. Ale są też bardzo potrzebne organizacje np. Białoruski Związek Dziennikarzy. Oni bronią praw dziennikarzy. Prawnie pomagają kiedy kogoś aresztują. Dla mnie to jest bardzo ważna organizacja, bo tylko na nią mogę liczyć w razie czego. Bo nikt inny nie obroni moich praw. Nawet nie zarabiam tyle, by opłacić sobie adwokata.

- Czym zajmuje się gazeta, w której teraz pracujesz ?

- „Nasza Niwa” to gazeta, która opiekuje się wszystkim co białoruskie – językiem, kulturą. Można powiedzieć, że stwarzamy białoruskojęzyczny kontekst. Poza „Naszą Niwą” nie istnieje żaden w pełni białoruski tygodnik czy portal internetowy. Jednak dla mnie język nie jest aż tak ważny. Ja chciałbym pracować szerzej..

- Co zatem jest ważniejsze?

- Dla mnie ważniejsze jest mówić ludziom, o tym, że są oni w stanie coś zrobić. A nie, że mają to robić tylko po białorusku. Moim zdaniem demokracja jest ważniejsza niż kultura narodowa. Wolność jest ważniejsza od języka, zwłaszcza w dobie globalizacji. Natomiast jak nastąpi demokracja, to wtedy będzie więcej przestrzeni do promowania kultury narodowej. Czy to nie paradoks, że jedyna białoruskojęzyczna telewizja jest w Polsce? Ale to wynika z tego, że teraz nie mogę pójść do sądu i założyć sobie niezależną gazetę czy telewizję i to białoruskojęzycznej. Nikt jej nie zarejestruje. W wolnej Białorusi będę mógł. Nikt mi tego nie zabroni.

- W jaki sposób odczuwasz to, że pracujesz dla niezależnych mediów?

- Na pewno nie mogę opublikować tego co chcę. W niezależnych mediach istnieje autocenzura- zawsze wiemy więcej niż opublikujemy. Najbardziej nieprzyjemny dla mnie wypadek wydarzył się w tym roku, w marcu i dotyczył Związku Polaków na Białorusi. Jechałem z foto-korespondentami. Dojechaliśmy akurat w momencie, kiedy milicja chciała aresztować Andżelikę Borys – szefową Związku Polaków na Białorusi. Nie mogli jej aresztować, gdy zobaczyli kamery. Puszczono ją, więc pojechaliśmy dalej. Potem podjechał duży bus i już ją zabrano. Robiliśmy zdjęcia, dlatego trochę nas pobito. Nie jakoś brutalnie, ale nie było to przyjemne.

- Dlaczego tak bardzo boją się dziennikarzy?

- Boją się nie tyle tekstu pisanego, co zdjęć. To jest dokument. Władza się kiedyś zmieni i to będzie dowód. Zaczną się procesy sądowe i przez zdjęcia sporo ludzi, którzy naruszą teraz prawo, trafi do więzienia.

- W jaki sposób NGO-sy mogą najefektywniej pomóc Białorusi?

- Edukacja. Ja bym nigdy pewnie nie zaczął pracować jako dziennikarz, nie angażowałbym się w tłumaczenia zakazanych na Białorusi książek, gdybym nie otrzymał dobrego wykształcenia. Nawet opozycjoniści do końca nie wiedzą czym jest demokracja, czym jest społeczeństwo obywatelskie. Obecnie realizuję wraz z czasopismem Arche projekt, w którym badam stosunek aktywistów obywatelskich do społeczeństwa obywatelskiego. Prowadzę wywiady ze znanymi ludźmi i z tych pięćdziesięciu wywiadów powstanie książka. Na początku byłem zszokowany, teraz już się przyzwyczaiłem, że ludzie na Białorusi nie do końca rozumieją co to jest społeczeństwo obywatelskie. Nawet ci, którzy pracują by je tworzyć.

- A co dla Ciebie kryje się pod tym terminem?

- Dla mnie jest to zdolność ludzi do działania bez państwa czyli zdolność bronienia własnych praw bez zwracania się do państwa czy sądów. Taki przykład: Jeśli ktoś chce sobie posadzić drzewa przed domem, to po prostu idzie do swoich sąsiadów i mówi: chodźcie posadzimy razem drzewa. I oni sobie idą i sadzą drzewa. Na Białorusi ten, któremu to przyjdzie do głowy, najpierw pójdzie do władz miejscowych. On nie pójdzie do swojego sąsiada, on nawet go nie zapyta: czy chcesz bym tu posadził drzewa.

- Co dla Twoich rozmówców oznacza demokracja?

- Dla większości z nich demokracja to są głównie wybory. Dla nich społeczeństwo obywatelskie i demokracja to to samo. A to nie jest to samo, bo demokracja nie jest możliwa bez społeczeństwa obywatelskiego. Demokracja to nie tylko wolne wybory. To również zdolność by większość zrozumiała mniejszość. Kiedy na Białorusi będzie decydowała większość, bez patrzenia na mniejszość, to zawsze będziemy mieć tutaj takiego prezydenta jak Łukaszenko. On jest prezydentem większości. To nie oznacza jednak, że mamy tutaj demokrację. Kolejna rzecz, która mnie przeraża w wypowiedziach moich rozmówców to to, że niektórzy z nich mówią, że w ogóle nie potrzebujemy na Białorusi społeczeństwa obywatelskiego. Uważają, że to jest zachodnie, zostało wymyślone w Stanach, a my tutaj mamy swoje metody. Inny przykład – niektórzy ludzie z opozycji mówią: my nie chcemy by do nas na akcję przyszli homoseksualiści, nie lubimy ich i będziemy ich oddawać milicji. To jest nie do przyjęcia. Jeżeli pomyślę, że tacy ludzie dojdą do władzy już w demokratycznej Białorusi, tacy ludzie będą kierowali moim państwem, to jestem przerażony. Dlatego uważam, że najważniejsza jest zmiana sposób myślenia w tym kraju.

- Jakie jest według Ciebie białoruskie społeczeństwo?

- Tak ja mówiłem, to co teraz mamy, ten cały Łukaszenko wypływa z ludzi. Naród jest taki – sowietyzowany, ludzie nie wierzą w siebie, tylko czekają, aż państwo im coś da i narzekają na państwo, a nie na siebie. Zamiast na przykład pójść na kurs angielskiego, by zdobyć dobrą pracę, wolą czekać w kolejkach po ulgi na kredyt, czy darmowe mieszkanie. Dziennikarze również wybierają gazety państwowe a nie niezależne. Tam mogą więcej zarobić, czyta ich więcej osób, bo nakład państwowych gazet wynosi pięćset tysięcy, a nie siedem tysięcy (nakład „Naszej Niwy”). I trudno im się dziwić, tak zrobiłby każdy ambitny człowiek. Ja czasami mam wrażenie, że naszej gazety nikt nie potrzebuje, że działamy tylko dla siebie. Jeden raz w życiu tylko odczułem, że komuś to jest jednak potrzebne. To było w miasteczku namiotowym w 2006 roku po wyborach. Było tam dwadzieścia namiotów, pięćset ludzi i staliśmy tam parę dni. Wtedy przychodzili do nas ludzie, przynosili jakieś czekoladki i dziękowali, że jesteśmy. Ale to był jedyny raz. Większość z nas to młodzież, wśród aktywistów mało która osoba ma więcej niż trzydzieści lat. Dla nas to jest rewolucja, robimy coś fajnego. Ale człowiek powalczy, powalczy a potem idzie pracować do banku, zakłada rodzinę, bierze kredyt, kupuje samochód. On nie zagłosuje nigdy na Łukaszenkę, ale też nie pójdzie na plac by demonstrować i blokować tę administrację. Rozmawiałem kiedyś z jednym polskim socjologiem i on powiedział, że w mentalności Białorusinów leży to by walczyć, ale tylko o swoje interesy, a nie o interesy społeczeństwa. I to odróżnia Białorusinów od Polaków, którzy w pewnym momencie potrafią się zjednoczyć. Gdyby Łukaszence przytrafił się taki wypadek samolotowy jak ostatnio pod Smoleńskiem, myślę, że mało kto przyszedłby go wspominać. Nie dlatego, że go nie lubią, ale dlatego, że ludzie myślą: „po co?”

- Głosowałeś w niedzielę?

- Nie, bo jestem zarejestrowany u rodziców, daleko od Mińska. Ale i tak bym nie poszedł, bo nie widzę w tym sensu. Tego nikt nie liczy.

- A gdyby liczył to czy nie okazałoby się, że władza i tak ma przewagę?

- Niekoniecznie. Myślę, że gdyby głosy były liczone to ludzie z opozycji czy NGO-sów by się dostali. Może do parlamentu czy na prezydenta już nie, ale tu na pewno. Jednak to właśnie te wybory falsyfikuje się na maksa. Dlatego ja nie głosuję. Moja praca polega na tym by napisać o tym jakie te wybory były. Zresztą ludzie i tak wiedzą kto zwycięży. Wiedzą, że wyniki są fałszowane . I nikogo to nie oburza. Na Białorusi nigdy nie było wolnych wyborów. Ludzie nie wiedzą jak to działa. Ludzie widzieli wybory tylko w telewizji, kiedy w Stanach wybierają prezydenta. I teraz mamy oczekiwać, że ktoś w nie uwierzy?

Jeden z najaktywniejszych opozycyjnych liderów, Ales Lahvinec (Ruch Społeczny "O Wolność") przez miesiąc prowadził intensywną kampanię wyborczą. Polegała ona na tym, iż chodził po mieszkaniach w swoim okręgu, by spotkać się z ludźmi i przedstawić im swój program dotyczący rozwiązywania ich problemów. To jedynym moment, kiedy może to robić legalnie. Konsytuacja Białorusi dopuszcza takie praktyki w ramach kampanii wyborczej. Lahviniec zorganizował również największy miting polityczny, w którym uczestniczył m.in. Alaksandr Milinkiewicz (lider opozycji, kontrkandydat Aleksandra Łukaszenki w wyborach na prezydenta). Zgodnie z oficjalnymi wynikami Lahviniec znalazł się na przedostatnim miejscu i otrzymał 5% poparcia. Pracę komisji i liczeniu głosów mogli przyglądać się obserwatorzy (w tym przedstawiciele placówek dyplomatycznych). Umieszczono ich jednak kilkanaście metrów od komisji. 

Aleś Piletski – białoruski dziennikarz niezależnej gazety „Nasza Niva” w Mińsku. W latach 2007-2009 studiował na Uniwersytecie Warszawskim w Studium Europy Wschodniej w ramach stypendium Kalinowskiego. Mówi płynnie po polsku, rosyjsku, białorusku, angielsku. Urodził się w 1984 roku. 

Autor(ka): Iwona Frydryszak
Foto: Roman Stanek http://blog.aktualne.centrum.cz/blogy/roman-stank.php?itemid=9641

« Powrót do listy