Przejdź do treści strony

Sztuka improwizacji

26.08.2010 r.

Improwizowanie kojarzy nam się głównie z panicznym szukaniem rozwiązania w sytuacji, na którą nie byliśmy przygotowani. Zapewne wielu pracownikom III sektora zdarzyło się tworzyć projekt na kilka dni przed ostatecznym terminem złożenia wniosku lub w ekspresowym tempie zdobyć nowe umiejętności, niezbędne do wywiązania się ze swoich obowiązków. Improwizacja nie musi być tylko wynikiem błędu w sztuce planowania.

Sztuka improwizacji

Ona sama może być sztuką, czego dowodzi jedna z wrocławskich grup kabaretowych.

Kameralna Wielka Improwizacja Kabaretowa (KWIK) to efekt połączenia dwóch sił, czyli kabaretów: Nic Nie Szkodzi oraz OTOoni.

Od kiedy działa KWIK?

Maciek Wiśniewski (Kabaret OTOoni):

KWIK zawiązał się w klubie studenckim Bajer. Był to marzec roku pańskiego 2009. Na początku przeznaczony był przede wszystkim dla studentów i nie myśleliśmy nawet, że to zainteresuje kogoś więcej, niż ludzi w wieku 20-25 lat, którzy zajmują się na co dzień mechaniką i robotyką. (Bajer jest klubem politechnicznym).

Jeśli chodzi o kabarety, to Nic Nie Szkodzi działa dwa lata, a OTOoni siedem lat.

 Przede wszystkim jednak jesteśmy grupą znajomych. Kabaret jest dobrą okazją by spotykać się częściej, wyjeżdżać razem i spotykać innych ludzi. I oto chodzi.

Braliście, jako KWIK, udział w inicjatywach wywodzących się  z III sektora. Skąd taki pomysł?

Dobrosława Bela (Kabaret Nic Nie Szkodzi):

Pierwszą inicjatywą, w której wzięliśmy udział była tegoroczna Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Narodziło się to po prostu z potrzeby. Uznaliśmy, że skoro w tym samym czasie wypadał nasz występ, możemy to połączyć i przeznaczyć dochód na potrzeby Wielkiej Orkiestry.

Jeśli chodzi o drugą inicjatywę, czyli zbieranie pieniędzy dla Domów Dziecka, to zawiązali ją nasi znajomi. Zaproponowaliśmy, że możemy dla nich zagrać. I zagraliśmy w czerwcu w Filharmonii Wrocławskiej koncert charytatywny, połączony z licytacją. Trochę pieniędzy zarobiliśmy, ale była to tak naprawdę część większej akcji.

Pieniądze przeznaczone zostały na remont dachu Domu Dziecka w Krzydlinie Małej, prowadzonym przez siostry zakonne. W zeszłym roku wichura zniszczyła im dach, a jego remont kosztuje około 100 tysięcy. Oni sukcesywnie już od dłuższego czasu zbierają pieniądze a myśmy się do tego włączyli.

Była to też dla nas okazja, żeby wystąpić w Filharmonii. Świetna akustyka, świetne miejsce- inaczej pewnie byśmy tam nie wystąpili. To dla nas ciekawe doświadczenie.

Masz też spore doświadczenie w pracy w sektorze organizacji pozarządowych?

W ngosach pracuję od trzech lat. Obecnie też ze znajomym z kabaretu, Arturem Jóskowiakiem robimy warsztaty improwizacyjne dla dzieci. Robimy też podobne warsztaty dla organizacji pozarządowych w Tratwie.

Czy doświadczenie w improwizacji kabaretowej sprzyja pracy w organizacji pozarządowej czy może na odwrót: to praca w organizacji pozarządowej pomaga w pracy w kabarecie?

D.B.

No cóż, rzeczywiście, w organizacji pozarządowej improwizacja jest nieraz bardzo potrzebna. Ngosy są mniej ustrukturyzowane, podejście do pracy jest w nich, wydaje mi się, luźniejsze niż na przykład w sektorze rządowym. Czasami zdarzają się nieprzewidziane sytuacje, bo nagle okazuje się, że trzeba napisać projekt, a jest na to tydzień. Nagle następuje zmiana planów i myślę, że taka umiejętność szybkiego reagowania na zmiany w otoczeniu bardzo pomaga. Organizacje pozarządowe mają specyficzny tryb pracy i elastyczność jest bardzo ważna. Elastyczność, ale i też twórczość. Trzeba mieć trochę zapału i umiejętności kreatywnego myślenia, żeby osiągnąć to, co człowiek sobie założy, nawet przy niesprzyjających okolicznościach.

Kabarety też się borykają z różnymi przeciwnościami losu i myślę, że jest tu wspólne pole doświadczeń.

M.W.

Mieliśmy też przyjemność z kabaretem występowania na scenie teatru Ad Spectatores, który tez jest organizacją pozarządową. Zorganizowaliśmy tam premierę ostatniego programu. Bela powiedziała o pracy „w”, to ja powiem o pracy „z”. Zarówno w przypadku Ad Spactatores jak i WOŚP, okazało się, że bardzo dużo rzeczy da się załatwić w czasie kilku połączeń telefonicznych…, które później trzeba poprawiać. To oznacza kolejne połączenia telefoniczne, kolejne spotkania i kolejne umawianie się. Myślę, że tak, improwizacje uczą i bawią, bawią i uczą zarazem.

Nie ma w tym trochę drwiny?

D.B.

Nie. Myślę, że my pracujemy na podobnych zasadach. 

M.W.

Dokładnie tak, zresztą sam kabaret- trudno mówić o jakiejkolwiek strukturze, kiedy jest nas tam pięć osób. Wiadomym jest, że akustyk będzie się zajmował nagłośnieniem. Ale to nie jest tak, że tylko akustyk wymyśla, jakie motywy muzyczne wrzucimy do skeczy. To nie jest też tak, że tylko jedna osoba pisze i daje pomysły. Tak się też dzieje na każdym z poziomów.

Porozmawiajmy teraz o samej improwizacji. Czym ona jest- gatunkiem czy bardziej formą kabaretu? 

M.W.

Bardziej formą, chociaż zaczyna się to powoli robić gatunkiem. Pojawią się już grupy nastawione tylko na improwizacje.

D.B.

U nas to jest jeszcze mało popularne, ale teatr improwizowany w Kanadzie czy Stanach ma korzenie sięgające gdzieś czterdzieści, pięćdziesięciu lat. Są tam knajpki, gdzie są grupy impro, są programy improwizowane, szkoły impro, itd. U nas się to dopiero rozwija, ale podobnych grup powstaje coraz więcej. Niedawno powstało „Siedem razy Jeden” w Zielonej Górze, jest kolejna grupa w Poznaniu.

M.W.

Jeden łącznik improwizacji na całym świecie jest taki, że rzeczywiście najczęściej wynika ona albo z pracy teatru albo z pracy kabaretów. My jesteśmy samorodkiem wynikającym chyba z toku zupełnie poprawnego myślenia.

Zanim przystąpiliśmy do improwizacji, to w ogóle się nad tym nie zastanawialiśmy. Jedyny kontakt z tą formą na samym początku mieliśmy poprzez amerykańskie show „Whose Line Is It Anyway”, który jest najbardziej popularną obecnie improwizacją na świecie. 

Improwizacje bardzo mocno wchodzą w daną kulturę. Oprócz tego, że są gagi językowe, to trzeba też dobrze znać historię …

D.B.

Są odniesienia do bieżącej sytuacji, odniesienia do filmów, porzekadeł a to wszystko tkwi w danym środowisku.

Improwizacja opiera się bardziej na dowcipie i refleksie czy  wymaga raczej dyscypliny i warsztatu?

(Tutaj nastąpił wybuch szczerej radości rozmówców)

D.B.

Myśmy akurat zaczynali od refleksu i humoru, natomiast nad warsztatem cały czas pracujemy.

Improwizacja jest o tyle ciekawsza, z mojego punktu widzenia, od kabaretu, że cały czas coś się dzieje. Cały czas się uczysz. Nie ma tak, jak w przypadku skeczu- nauczysz się, zagrasz go, przećwiczysz milion razy i później już jest rutyna, wiadomo, w którym momencie będzie śmiech. W improwizacji tak nie ma. Jest za to zawsze coś nowego.

M.W.

Twoje pytanie rozbawiło nas dlatego, że to jest taka trochę wojna postu z karnawałem. Tak jak Bela powiedziała, można zacząć od refleksu. I refleks to jest ta rzecz, której nie stracisz. Jest to rodzaj, nazwijmy to talentu- wejść na scenę i być naturalnie śmiesznym

Ale po kilku występach, kilku godzinach oglądaniu takiej naturalności na scenie człowiek zaczyna się po prostu nudzić. To jest bardzo częsty zarzut w stosunku do niektórych polskich komików, którzy trzymają się jakieś tam sztampy. Ja uważam, że ten zarzut jest bardzo niesłuszny, ponieważ ten styl, w który konkretni komicy weszli mimo wszystko nadal nas bawi. Możemy po wyjściu z show powiedzieć: kurcze, fajne, zabawne, ale ciągle to samo. Ale z drugiej strony, bawiliśmy się świetnie przez całe dwie godziny.

Dlatego, ćwiczenie jest bardzo ważne, ale nie najważniejsze. Takie jest moje zdanie. Dobrze jest cały czas próbować, dobrze jest też docierać się poza sceną.

Wydaje mi się, że w próbach to jest najważniejsze, żeby cała grupa mogła się spotykać, żebyśmy już na scenie wiedzieli, czego można się od partnera spodziewać. To jest też bardzo ważny klucz do improwizacji. Bo nie improwizuje jedna osoba, to nie jest stand up, tylko to jest praca zbiorowa.

D.B.

Wszyscy muszą mieć do siebie jakieś zaufanie i tak jak Wiśnia powiedział, znać się po prostu. Jeżeli w grupie są jakieś konflikty i ludzie się dobrze nie znają, to nie wyjdzie to tak dobrze.

Bardzo mnie ciekawi, jak wyglądają próby do improwizacji?

M.W.

Spotykamy się pięć minut po umówionej godzinie, bo przecież improwizujemy. MPK też improwizuje, na bieżąco.

Oni mają ogromne doświadczenie w improwizacji. Objazdy, przejazdy- Wrocław to duże miasto.

D.B.

Generalnie na próbach, jest dokładnie to samo co na scenie, z tymże na bieżąco korygujemy wszystkie swoje błędy.

M.W.

Mieszamy składy, próbujemy w innych układach. Oglądając się też się uczymy.

D.B.

Staramy się wiele brać od publiczności, z tego względu, że publiczność zaskakuje nas znacznie bardziej, niż my samych siebie zaskakujemy. Poza tym chcemy uniknąć zarzutu, że kiedy improwizacja jest dobra, wszystko świetnie wychodzi, jest dobrze zgrane itd. i ludzie się śmieją, to zastanawiają się, czy to nie jest coś ustawiane. Nie robimy czegoś takiego i chcemy to udowodnić publiczności, dlatego to od nich wyciągamy wszystkie sugestie. Nasza publiczność też się rozwija tak samo jak my.

M.W.

Publiczność to jest kolejny aktor. Na występach mamy wśród publiczności mniej więcej ponad połowę ludzi nowych, ale też mamy swoja stałą publikę, która pojedzie z nami na przykład do Legnicy, bo się świetnie bawimy razem.

Publiczność się uczy: mieliśmy na samym początku mnóstwo sugestii dotyczących miejsca, gdzie się dzieje akcja typu: toaleta, szambo. To są rzeczy niby naturalnie śmieszne, które z występu na występ ginęły. Do tego stopnia, że teraz jeśli się pojawi tego typu hasło, to może zostać nawet wygwizdane. Ludzie chcą widzieć zupełnie inne sytuacje.

D.B.

Są to ludzie, którzy już wiedzą po prostu, z czym to się je. Oni sobie siedzą w domu i wymyślają jakieś takie pogmatwane sugestie tylko po to, żeby zobaczyć jak my się z tym zmagamy na scenie. Na przykład moje ulubione siedmiometrowe berło przebaczenia czy przepompownia bigosu.

Pewnie dlatego na Waszej stronie internetowej to publiczność występuje na pierwszym miejscu wśród składu KWIKa.

D.B.

Bez publiczności nie byłoby KWIKa.

M.W.

Ale byłyby próby.

Improwizacje kabaretowe zdobywają coraz większą publiczność. Pojawiają się w telewizji, posługuje się nią coraz więcej kabaretów…

D.B.

Poza tym jest to o tyle fajne dla nas, że my występujemy raz na miesiąc. Z kabaretem byłoby tak: albo wystawialibyśmy co miesiąc to samo, albo wystawialibyśmy jakieś niedopracowane gnioty, żeby tylko przygotowywać coś nowego. Kabaret jest bardziej taki jednorazowy.

Tutaj ludzie co miesiąc przychodząc zawsze dostają coś nowego, zawsze coś ich zaskoczy i nas coś zawsze może zaskoczyć. Jest to o tyle ciekawsza forma, że nikt nie powie: „A improwizacje kabaretowe. Nie, nie idę, już widziałem”.

Podejrzewam, że większość kabaretów w jakieś improwizacje się gdzieś, kiedyś bawiła, na przykład wykorzystując ją przy tworzeniu skeczy. Wcześniej nie było to jednak osobną formą. Tak samo jak w teatrze, była ćwiczeniem, warsztatem a przez popularność seriali czy filmów z improwizacją staje się to odrębną gałęzią rozrywki. Ludzi zawsze to bawi, i po prostu sprawdza się.

Czy wśród kabaretów albo rodzajów improwizacji macie jakiś swój ideał, do którego chcielibyście dążyć?

M.W.

Strasznie trudne pytanie. W każdej improwizacji coś nam się podoba, w każdym kabarecie jest też coś, co nam się podoba. Oczywiście można się odwoływać do czegoś, ale też zdajemy sobie sprawę, że są to ideały niedoścignione.

Jako kabaret OTOoni, robiąc sobie wszystko amatorsko, dążyliśmy i nadal dążymy do takiej formy jaką kiedyś prezentował kabaret Potem, a teraz kabaret Hrabi. Jest to bardzo trudne, ale praca nad tym sprawia nam wielką frajdą. I to też o to chodzi. Grając na scenie, jeśli słyszymy fajne reakcje, to daje nam to satysfakcję. I dlatego też to robimy.

Jeśli chodzi o improwizację, to dla mnie jest coś takiego w Stanach Zjednoczonych- nazywa się to Improv Everywhere czyli improwizujcie wszędzie. Opiera się to bardziej na zasadzie dogadywań przez Internet. Ludzie spotykają się w różnych miejscach w Stanach i improwizują. Chociaż przypomina to często różnego rodzaju flash moby, ma jednak trochę bardziej rozbudowaną formę.

Jednym z takich flash mobów na zasadach improwizacji były „Same majtki w nowojorskim metrze”. Ludzie od pasa w dół w samych gaciach przyszli do metra, a był to chyba marzec, co wywołało automatycznie zdziwienie u całej reszty pasażerów.

Jest to forma bardzo ciekawa i śmieszna zarazem. Z tym, że amerykańskie społeczeństwo inaczej funkcjonuje w samej przestrzeni Internetu.

U nas jeszcze takiej komunikacji w Internecie nie ma, flash moby dopiero raczkują. Fajnie by było, gdyby doszło do takich flash mobów jak np. ogólnorynkowy pociąg do piosenki Ryśka Rynkowskiego. Myślę, że byłoby to dość śmieszne.

Później np. zmieniamy muzykę i zaczynamy wszyscy tańczyć makarenę. Później znowu zmieniamy muzykę i zaczynamy tańczyć Michaela Jacksona. I dzięki temu mamy już improwizację, bo ci ludzie, którzy spotkali się na rynku nie wiedzieliby co będą tańczyć.

Dopóki spotykamy się tylko po to, by zaskoczyć wszystkich przechodniów, bo jesteśmy w samych gaciach to jest to flash mob. Improwizacja jest wtedy, kiedy sprawdzamy, jak daleko ci ludzie, którzy się spotkali potrafią zaimprowizować.

D.B.

We Wrocławiu jest już spora grupka fanów Whose Line skupionych wokół portalu www.whoseline.pl. Oni spotykają się na Wyspie Słodowej, siedzą sobie w kółku i improwizują. Dochodzą do tego ludzie zewsząd, zgromadzeni tam, po prostu przyłączają się. Jest to też jakaś, na razie raczkująca forma, ale już coś się dzieje.

M.W.

Improwizacja jest formą przydatną do samej pracy z ludźmi. Nie wiąże się to tylko z rozbawianiem, ale właśnie z tym, że ludzie uczą się ze sobą pracować. Kiedy ludzie stoją obok siebie na scenie, każdy musi dać się drugiemu wygadać, każdy musi reagować na to, co się dzieje.

D.B.

Improwizacja jako gatunek pochodzi z teatru. Narodziła się dlatego, żeby pracować z aktorami i nauczyć ich pewnych rzeczy. Dopiero potem się okazało, że to samo z siebie jest śmieszne i że może być efektem a nie tylko środkiem do osiągnięcia warsztatu. Myślę, że jest ona pozascenicznie świetną formą ćwiczenia warsztatu aktorskiego i refleksu, który kabareciarzom bardzo się przydaje. Zresztą nie tylko nam. Przydaje się każdemu: uczy otwarcia się, umiejętności słuchania drugiej osoby, umiejętności dostosowania się do kogoś. Uczy to też myślenia jako zespół, nie jako zbiór jednostek, ale jako jeden organizm. To świetna forma, żeby integrować ludzi.

Dobrze by było, gdyby organizacje pozarządowe przestały traktować improwizację jako konieczność a bardziej jako narzędzie pracy, które można doskonalić.

D.B

Improwizacja w życiu potocznym kojarzy nam się z jakimś bałaganem i chaosem. Tak naprawdę próbując opanować jej reguły możemy uczynić z niej twórcze narzędzie w każdej dziedzinie. Nie musimy krzyczeć:

„O Boże, co my teraz zrobimy. Improwizujmy na szybko”. Improwizacja to sposób na okiełznanie swojej twórczości i energii, która buzuje. Nie musi być chaosem- można ją spożytkować. To by się w organizacjach pozarządowych bardzo przydało.

O polskich flash mobach można przeczytać na stronie: http://wfa.prv.pl/

Zdjęcia pochodzą z występu KWIKa w filharmonii w ramach akcji "Dach Dzieciom".

autorka: Dominika Chylińska

« Powrót do listy